Dawno, dawno temu, w czerwcu 2007 roku, będąc jeszcze w szkole podstawowej, pojechaliśmy z klasą na wycieczkę. Teraz, gdy spojrzę wstecz nie mam żadnych wątpliwości, że za czasów dzieciństwa była to absolutnie najlepsza wycieczka, w jakiej uczestniczyłem. Co było w niej takiego wyjątkowego i dlaczego wróciłem tam po tylu latach? Zapraszam do dzisiejszego wpisu z serii „lifestyle”, gdzie poruszam nieco mniej związane z marketingiem tematy.
Jest czerwiec 2007. Rok szkolny powoli kroczy ku końcowi, a zatem pada propozycja, by pojechać na wycieczkę szkolną. Nasza ówczesna wychowawczyni, pani Violetta, wybiera oddalone o 70 kilometrów Kluczewo. Teraz – niespełna godzina drogi, wtedy – zapewne wyprawa na co najmniej dwugodzinną posiadówkę w autobusie. Już wcześniej wychowawczyni przekazywała nam informacje, czego możemy się spodziewać po tym urokliwym miejscu. „Będą gokarty, zwierzęta, ognisko i mnóstwo zabaw” – zapewniała.
Już kilka dni przed wyjazdem z niecierpliwością wyczekiwaliśmy wycieczki. Nie tylko dlatego, że wszystkim nam powoli udzielał się wakacyjny klimat, ale przede wszystkim dlatego, że opowieści pani Violetty zapowiadały niezapomniane wrażenia i mnóstwo zabawy. No proszę, miało nie być nic o marketingu, a jednak, z naszej wychowawczyni też niezły „sprzedawca”, żeby tak namieszać dzieciakom w głowach :)
No i pojechaliśmy! Gdy dojechaliśmy na miejsce przywitał nas tamtejszy kowal, który zaprezentował, w jaki sposób wyrabia się podkowy dla koni. Każdy z uczniów mógł kupić sobie taką podkowę, która do dziś znajduje się w moim pokoju. Dalszym punktem programu był pokaz wyrabiania masła oraz liczne zabawy, które oczywiście podobały nam się najbardziej. W ramach odpoczynku bardzo ciekawym zajęciem było posadzenie drzewa. Każde dziecko otrzymało niewielkie drzewko, które można było posadzić w wybranym przez siebie miejscu. Na koniec dnia wszyscy razem spotkaliśmy się przy wspólnym ognisku.
Przez wiele lat próbowałem się dowiedzieć, jak się nazywało to miejsce, bo tak jak wspomniałem, była to najlepsza wycieczka za czasów szkoły podstawowej. Czy mogło istnieć wtedy coś lepszego niż ogromny teren przeznaczony do zabawy będący do naszego wyłącznego użytku? I wiecie co? Znalazłem!
Przeglądając stare zdjęcia z wakacji natrafiłem na dwie pocztówki, które, nie wiedzieć po co, kupiłem na tej wycieczce. Miejsce nazywa się „Siedlisko – raj dla dzieci” w Kluczewie nieopodal Wielichowa. Na pocztówce znajdowała się również data – 18 czerwca 2007. Korzystając z kilku dni urlopu z samego rana wyruszyłem w podróż do miejsca, w którym było tak pięknie, tak wesoło i beztrosko… Żadnych problemów i obowiązków, tylko ja, koledzy i koleżanki z klasy oraz klimat nieuchronnie zbliżających się wakacji.
Dziś, gdy odwiedziłem to miejsce było dokładnie tak, jak to zapamiętałem – ogromna przestrzeń, kilka drewnianych chatek, huśtawki, plac do siatkówki i miejsce na ognisko. Brakowało tylko tych wszystkich wesołych dzieci, które biegały i beztrosko się bawiły oraz… zdecydowanie lepszej pogody ;) Cała reszta – wytnij, wklej trzynaście lat później. Pamiętacie, jak wspominałem, że sadziliśmy drzewa? Jedno z nich jest moje!!! :)
Miejsce nadal urokliwe, choć oczywiście teraz całkowicie puste. Niemniej, skłoniło mnie ono do wielu wspomnień i refleksji, jak niewiele nam kiedyś było trzeba, by zapomnieć o całym świecie i tak po prostu… być szczęśliwym.
Warto wracać do miejsc z dzieciństwa, by powspominać, przypomnieć sobie, jak dawniej wyglądało życie, z kim lubiliśmy spędzać czas i co lubiliśmy robić. Polecam zarówno tym starszym, ale i młodszym. Nigdy nie jest za wcześnie na wspominki :)
Dzisiejszy dzień zakończyłem jeszcze krótką wizytą w Rogalinie, jednak tutaj podobnie, jak w innych miejscach… całkowicie pusto i chłodno.
©Jakub Brandt 2020